Pustki w cennikach samochodów. Powód tego zamieszania jest prozaiczny

Wielomiesięczne opóźnienia w produkcji, brak benzyniaków albo nowych aut w ogóle. Tak wygląda dzisiejsza rzeczywistość branży motoryzacyjnej w Europie. Powód tego zamieszania jest prozaiczny: producenci aut nie zdążyli dokonać pomiarów, które są wymagane przez nowe, unijne prawo, dzięki któremu wreszcie poznamy bliższe rzeczywistości dane dotyczące zużycia paliwa.

  • isty dostępnych u dealerów wersji i modeli robią się krótsze
  • Żeby zaliczyć nową procedurę testową, każdy benzyniak musi być wyposażony w filtr cząstek stałych

Model, który wybraliście Państwo, nie jest już oferowany jako auto, które można swobodnie skonfigurować. Chcielibyśmy jednak zaoferować Państwu możliwość zapoznania się z nim za pomocą konfiguratora. Jeśli są Państwo zainteresowani nowym pojazdem z tych, które mamy na stanie, albo młodymi używanymi autami, prosimy o kontakt z lokalnym dilerem.

Taki anglojęzyczny komunikat wyświetla się na stronie Porsche. W prostszym tłumaczeniu: chce Pan kupić nowe Porsche w wymarzonej kompletacji? Nie mamy, proszę się dowiadywać!

Deficyt dostępnych modeli dotknął też m.in. BMW. Tu kłopot dotyczy silników benzynowych, których – poza nielicznymi wyjątkami – nie ma! Nawet flagowe BMW serii 7 jest chwilowo produkowane tylko z 3-litrowym dieslem.

Inni producenci też mają kłopoty. Listy dostępnych wersji i modeli robią się krótsze, wypadają z cenników najpierw te, które służyły głównie poszerzaniu oferty i tworzeniu wrażenia np. niskiej ceny („cena już od...”).

BMW uspokaja: Kontynuujemy usprawnianie naszych silników w zakresie emisji spalin. Od lipca 2018 wszystkie nasze benzynowe i hybrydowe modele oferowane w UE będą wyposażane w filtry cząstek stałych i będą zgodne z wymaganiami norm...

Właśnie o normy poszło: europejscy giganci motoryzacyjni chyba do końca nie wierzyli, że nowy cykl pomiarowy WLTP oraz RDE (pomiar emisji w warunkach rzeczywistych) wejdzie w życie. Właśnie wchodzi.

Paradoks polega na tym, że w czasie, gdy trwała – poniekąd słuszna – nagonka na diesle, benzyniaki, emitujące m.in. groźne, bo niewidoczne cząstki stałe, były bezkarne, gdyż ich emisji pod tym względem nikt nie badał. Badanie zużycia paliwa (i tym samym emisji CO²) to lipa. Żeby zaliczyć nową procedurę testową (obowiązuje od września 2018), praktycznie każdy benzyniak musi być wyposażony w filtr cząstek stałych. Do tego koniec z badaniem najbiedniej wyposażonej, najlżejszej wersji jako reprezentantki „całej populacji” modelu. Kolejki do badań homologacyjnych aut, w których ustawiają się producenci, są dłuższe niż za PRL-u po kiełbasę.

Osobny problem to czas potrzebny na opracowanie i przetestowanie nowych rozwiązań technicznych – dzieje się to pod wyjątkową presją. Zakup w najbliższych miesiącach nowej wersji benzynowego lub hybrydowego samochodu wyposażonego w filtr cząstek stałych wymaga sporej odwagi i wielkiej wiary w nieomylność inżynierów. Powodzenia!

 

Naszym zdaniem

Najlepiej widoczne efekty nowych przepisów, które częściowo likwidują fikcję oficjalnych pomiarów, to mniejszy wybór fajnych samochodów oraz wzrost oficjalnego zużycia paliwa, co już wkrótce będzie można zaobserwować w folderach.

Autor: 
---------------------
Źródło: 

Auto Świat

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.